Odmęt – Jacek Łukawski

Przejeżdżaliście kiedyś przez Chęciny? Ja setki, a może tysiące razy. Przez kilka miesięcy mogłam wgapiać się w chęciński Zamek stojąc w wielokilometrowym korku. I raczej nie podejrzewałam wtedy, że w przyszłości będę miała okazję czytać książkę, której akcja dzieje się właśnie w tym małym miasteczku. Myliłam się! Na szczęście!

ZARYS FABUŁY

Damian Wolczuk nie może narzekać na nadmiar szczęścia, pech prześladuje do na każdej płaszczyźnie – osobistej oraz zawodowej. Aż ciężko uwierzyć w to, co spotyka młodego, dobrze zapowiadającego się dziennikarza – dlaczego przystojny, wysoki blondyn jednego dnia przegrywa w sądzie, traci pracę i zostaje zdradzony przez partnerkę?

Chwila namysłu wystarczyła bohaterowi – podejmuje radykalną decyzję o wyprowadzce do Krakowa. W ciągu maksymalnie 4,5 godziny powinien być na miejscu,zdąży przygotowywać swój pierwszy tekst, który być może okaże się biletem wstępu do lepszego, ale przede wszystkim nowego życia. Nic bardziej mylnego… Wolczuk zalicza wypadek samochodowy, którego sprawca ucieka z miejsca zdarzenia. Czysty przypadek decyduje o noclegu, który udaje mu się znaleźć (właściwie, to nocleg znajduje jego!). Ale kiedy nazajutrz okazuje się, że sprawca kraksy drogowej zostaje znaleziony martwy wraz z trzema innymi osobami Wolczuk już wie – nie znalazł się w Chęcinach przypadkiem, a to senne miasteczko ma swoje tajemnice…

Kiedy policja znajduje kolejną ofiarę sytuacja robi się bardzo nerwowa. Morderca skutecznie unika odpowiedzialności, pozostaje anonimowy, a niektórzy uważają nawet, że tak naprawdę sam jest ofiarą… opętania.

BOHATEROWIE Z KRWI I KOŚCI

Wielkim atutem powieści Łukawskiego są bohaterowie. Oni żyją na papierze! Autor w genialny sposób wykreował każdy charakter – od dziennikarza, przez policjantkę, kończąc na mechaniku samochodowym. W „Odmęcie” mamy do czynienia z całą masą ważnych i ważniejszych postaci, a każda z nich jest przemyślana, ma swoją rolę do odegrania. I – co nieczęsto mi się zdarza – miałam wrażenie, że każda z nich jest niezbędna, a jej wątek (nieistotne czy mały, czy duży) okazuje się kluczowy!

MIEJSCOWE LEGENDY, TAJEMNICE I MROK CZAJĄCY SIĘ ZA KAŻDYM ROGIEM

Motyw starych opowieści i legend nadaje książce niezwykły i tajemniczy klimat – ociekający niepewnością i nieoczywistością – trzyma w napięciu do ostatniej strony. Autor w ciekawy sposób łączy elementy obyczajówki z kryminałem i horrorem – emocjonujące opisy nocnych ucieczek i poszukiwań; ciary na plecach zapewniały opisy morderstw i miejsc, w których zostały popełnione. Ale jeśli do akcji wkracza przypadkiem odkopane zło? Czy faktycznie zły duch nakłonił kogoś do zabijania? Jaki ma to związek z drewnianymi koralikami i nawiedzoną koparką?

Każdy ma swoje tajemnice. Niektóre szybko wychodzą na jaw, inne przez całe lata pozostają bezpieczne. Takie tajemnice mają też bohaterowie „Odmętu” – w niektórych przypadkach będzie to skrywana latami nienawiść, a w innych choroba psychiczna. Ale czy można mieć tajemnice przed samym sobą? Czy można tak bardzo wierzyć w alternatywną rzeczywistość, że wypiera się tę prawdziwą?

PODSUMOWANIE

Zatopiłam się w „Odmęcie„. Dosłownie. Dawno nie czytałam książki tak dobrze napisanej: ze świetną fabułą, bardzo wielowątkową i mroczną zarazem. Już sama okładka wzbudzała we mnie ogromną ciekawość i pragnienie poznania tej historii – czułam, że nie będę żałować ani sekundy spędzonej z tą książką! Tak było – a żałowałam jedynie, że tak szybko ją skończyłam! Zostałam porwana przez historię o tajemniczych morderstwach, niejednoznacznych plotkach i mrocznych sekretach – i była to uczta jakich mało! Do tej pory zbieram szczękę z podłogi po poznaniu zakończenia – zostałam oszukana – oszukał mnie morderca! Mój zmysł detektywa okazał się ograniczony, nie podejrzewałam takiego rozwiązania tej zawiłej zagadki, a jej finał wprawił mnie w ogromne zaskoczenie.

Przyznaję; bardzo rzadko sięgam po kryminały polskich Autorów, chyba najwyższy czas to zmienić! „Odmęt” to pełna niepewności i sekretów historia, która ciekawi i przeraża jednocześnie! Gratuluję Autorowi tego kryminalistycznego debiutu (tak, tak, to debiut w tej kategorii!)

Czy może być lepiej? Niecierpliwie czekam na kontynuację serii !

Moja ocena – 8/10!

[Książkę „Odmęt” możesz kupić TUTAJ]

Nocne czuwanie – Sarah Moss

Macierzyństwo potrafi powalić na kolana nawet najtrwalsze zawodniczki. Podobno. Tak słyszałam… Jeszcze więcej słyszałam (a w zasadzie czytałam) na temat zmian, jakie zachodzą w świadomości matek, gdy ich pociechy pojawią się na świecie. Mocno zachęcona tytułem, okładką i krótkim opisem wydawcy z zapałem sięgnęłam po książkę „Nocne czuwanie„, po której spodziewałam się sennej historii z delikatnym cieniem zagadki. Dostałam znacznie więcej!

OPOWIEŚĆ O CODZIENNOŚCI

Wyspa Colsay to malutka wysepka położona w Szkocji (dokładniej, jest częścią Szetlandów), oddalona ponad 700 mil od Londynu. Całkiem daleko, jednak jeśli do odległości dodamy brak cywilizacji (nie ma tam zasięgu, sklepów, sąsiadów) miejsce wydaje się jeszcze bardziej nieprzyjazne.

Anna Bennet jest doktorem historii, pisze książkę, ale przede wszystkim jest matką dwóch chłopców i żoną doktora (prawie profesora) Gilesa Cassinghama. Historia Anny i jej najbliższych jest opowieścią o codzienności. A codzienność bywa trudna, szczególnie, jeśli wymaga połączenia wielu ról. Plan przeprowadzki na wyspę w celu spokojnego napisania książki nie wypalił – mały Moth absorbuje cały czas i uwagę swojej mamy, która nie może liczyć na pomoc starszego syna (bo jest jeszcze dzieckiem) oraz męża (bo całymi dniami liczy kolonię zagrożonych wyginięciem ptaków). Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy pewnego dnia Anna i jej postanawiają zasadzić drzewka, a podczas kopania znajdują szczątki małego dziecka. Od tej pory ich życie zmienia się…

MATKA (NIE)IDEALNA

Sarah Moss przedstawia historię osamotnionej kobiety, która nie do końca odnajduje się w swojej roli. Zmęczenie, frustracja i bezradność niejednokrotnie powodują złość i agresję, którą bohaterka wyładowuje na najbliższych. Ambitne plany pisania książki zastąpione zostają bezsennymi nocami i niekończącym się śpiewaniem kołysanek. Anna w bardzo szczery sposób opowiada o swoim życiu, w którym cudowne chwile przeplatają się z trudnymi. Jej marzenia o błyskawicznej karierze naukowej zostały brutalnie (!) zweryfikowane przez macierzyństwo, które jednocześnie daje jej radość i poczucie beznadziei.

POWRÓT TO PRZESZŁOŚCI

Sadzenie drzewek owocowych nie może być trudne, a przynajmniej nie powinno. Chyba, że w wykopanym na krzaczek dołku oprócz ziemi znajduje się zawiniątko z dziecięcymi szczątkami. I, powiedzmy sobie szczerze, to jest problem! Do spokojnego, sennego wyspiarskiego życia Anny i Giles’a oraz ich dzieci wkrada się zagadka, wraz z którą tłumnie przybywają policjanci i eksperci medycyny sądowej. Nikt nie lubi mieć na swoim podwórku obcych, szczególnie takich, których interesują na przykład metody wychowawcze…

Annie bardzo doskwiera szukający sensacji policjant, dlatego na własną rękę stara się znaleźć sprawcę, który pochował dziecko na ich działce. Przeszukując Internet trafia na trop kobiety, która w XVIII wieku prowadziła badania na wyspie Colsay, których celem było rozwiązanie problemu wysokiej śmiertelności niemowląt – May Moberley pisze listy do bliskich i współpracowników, rzetelnie relacjonując wyniki swoich badań – ta kwestia była dla mnie niesamowicie ciekawa – opisy (często) okropnych warunków, w jakich żyli mieszkańcy małej szkockiej wysepki wzbudzały we mnie obrzydzenie. Uwierzcie mi, panował tam totalny hardcore sanitarny, skrajny analfabetyzm, a wychowanie było co najmniej chłodne.

PODSUMOWANIE

Nocne czuwanie” zachwyca! Ta pozornie trudna książka okazała się opowieścią o trudach i radościach macierzyństwa i zawiłą lekcją historii. A wątki historyczne są nie tylko jej tłem. Na „Nocne czuwanie” poświęciłam, jak nigdy, kilka długich wieczorów – książki nie da się połknąć szybko, wymaga przemyślenia. Nie myślcie, że pozostaniecie obojętni dla osoby głównej bohaterki – Annę się uwielbia lub się jej nie znosi. Ja ją pokochałam, głównie za szczerość, ale też naturalność; jej delikatna i krucha dusza kryje się pod grubą skorupą uporu i ambicji!

Polecam szczególnie molom szukającym psychologicznej opowieści z wątkiem historycznym w tle!

Moja ocena – 8/10!

Blizna – Auður Ava Ólafsdóttir

Ludzkie ciało skrywa wiele sekretów. Jest wręcz fascynujące – między innymi może się regenerować. Niesamowite, prawda? Pozostałością po regeneracji skory są blizny – bywają duże, małe, wielokształtne, proste. Każdy ma jakieś blizny – są „pamiątką”, pozostałością po minionym zdarzeniu, które (prawie) na pewno łączyło się z bólem.

NIESZCZĘŚLIWY ISLANDCZYK

Plany samobójcze powoli dojrzewają w umyśle Jonasa Ebenesera – pożyczył strzelbę, wysprzątał zaległą graciarnię…w ostatniej chwili wpada jednak na szalony pomysł! Nie zabije się sam. Zamierza tylko trochę „pomóc” losowi i kupuje sobie bilet w jedną stronę. One way ticket, wiecie o co chodzi. Zmierza do kraju ogarniętego wojną, chaosem i strachem. Bo gdzie indziej łatwiej o przypadkową śmierć od zabłąkanej kuli czy ukrytej pod warstwą gruzu miny? Plan wydaje się jasny, genialny w swojej prostocie, nic nie może pójść źle – w najgorszym wypadku pożyje dzień lub dwa dłużej!

ZACHWYCIŁA MNIE

Tak, tak – Auður Ava Ólafsdóttir (nie próbujcie tego wypowiadać z pomocą translatora) to mistrzyni! Mistrzyni formy, gustu i smaku literackiego. Jej krótka powieść („Blizna” liczy sobie niecałe 200 stron) pochłonęła mnie bez reszty. Na cały wieczór. Od początku spodobał mi się tok myślenia postaci – trochę zagmatwany, ale cały czas jasny obraz świata widzianego przez pięćdziesięcioletniego Jonasa – mężczyzny, po prostu, nieszczęśliwego i zmęczonego dotychczasowym życiem. Autorka świetnie przedstawia realia w połączeniu z mentalnością poszczególnych bohaterów, dlatego każdy z nich staje się w pewien sposób wyjątkowy.

ZABYTKOWA MOZAIKA I WIERTARKA

Daleki, ciepły kraj okazuje się jednym wielkim zapylonym gruzowiskiem. Nie ma tam absolutnie nic, może poza restauracją, zamkniętym sklepem z ubraniami i hotelem Silence, w którym mieszka Jonas. Właśnie tam poznaje Maj, Fifiego i małego Adama. I właśnie w tym miejscu uświadamia sobie, że jego blizny są niczym, w porównaniu do blizn (cielesnych i duchowych) tubylców. Wciąż żywe piekło wojny wywiera na bohaterze duże wrażenie, którego nie spodziewał się, kiedy wybierając hotel oglądał zdjęcia zabytkowej mozaiki. Przecież leciał tam tylko na kilka dni, spakował jedną koszulę, sweter od byłej żony i …wiertarkę (przecież nigdy nic nie wiadomo, a przezorny jest zawsze ubezpieczony).

PODSUMOWANIE

Co w „Bliźnie” zachwyciło mnie najbardziej? Forma – jest bardzo nieregularna, nie trzyma się jakichkolwiek zasad, a w połączeniu z płynną narracją (cała z perspektywy głównego bohatera) staje się bardzo intrygująca! Powieść jest wielowymiarowa, a treść nieoczywista, dlatego każdą stronę wciąga się w oka mgnieniu; co więcej, realizm z jakim się w niej spotkałam sprawia, że napięcie nie opuszczało mnie aż do ostatniego zdania (nieco spokojniejsza pierwsza część książki nie zwiastowała takiej zmiany). Napięcie, które mam na myśli, nie jest spowodowane szaleńczym tempem akcji lub niebezpieczeństwem, które czyha za rogiem, ale mocnymi, filozoficznymi rozważaniami głównego bohatera oraz opisami życia (które mimo wszystko toczy się w „normalny” sposób) w kraju spustoszonym przez wojnę.

Obowiązkowa lektura dla wszystkich tych, którzy lubią nieco skomplikowane przemyślenia wyrażone w sposób prosty i klarowny. Oraz miłośnikom literatury skandynawskiej!

Moja ocena – 10/10!

[Książkę „Blizna” możesz kupić TUTAJ]

Pani Churchill – Marie Benedict

Zdarza się, że z żalem zbliżam się do ostatniego zdania powieści i przez dłuższą chwilę zastanawiam się która półka będzie dla niej najodpowiedniejsza. Kiedy rozpakowałam świeżutką jeszcze książkę Marie Benedict nie sądziłam, że stanie się mi tak bliska i wywrze na mnie tak wielkie wrażenie – oczaruje, rozbawi, wzruszy, a czasem nawet wkurzy.

CLEMMIE

12 września 1908 roku w Londynie wydawał się nie różnić od innych – chłodny i oszczędny w promienie Słońca, z mocno leniwą pobudką. I gdyby nie nie fakt, że właśnie tego dnia Panna Hozier stała się Panią Churchill, prawdopodobnie byłby to dzień jak każdy inny. Ale, jak się mawia, pozory mylą. Młodziutka nauczycielka języka francuskiego właśnie tego dnia wyszła za mąż za dobrze zapowiadającego się młodego polityka – Winstona Churchilla. Z osoby anonimowej stała się ulubienicą ówczesnych mediów, a o ich ślubie rozpisywały się wszystkie stołeczne gazety.

EMOCJONALNY ROLLERCOASTER

„Pani Churchill” to kobieca opowieść o kobiecie. Kobiecie targanej wszelkimi emocjami – z którymi radziła sobie… różnie. Całość historii przedstawiona jest z perspektywy głównej bohaterki (narratorki), która mierzy się z trudami codziennego życia. Ale czy życie u boku Winstona Churchilla można nazwać normalnym? Clementine dzielnie i wytrwale znosi częste wyjazdy służbowe, niekończące się przeprowadzki, mizoginiczne komentarze brytyjskich polityków. Na początku świetnie też radzi sobie z długimi i trudnymi rozmowami z mężem, któremu służy radą, przy okazji zaszczepia w jego umyśle swoje pomysły i idee. Z czasem jednak obowiązki zaczynają się piętrzyć do niewyobrażalnych rozmiarów, a zmęczeniem macierzyństwem, polityką i ciągłymi rozmowami doprowadza ją do choroby. Benedict w doskonały sposób przedstawia, a wręcz na nowo kreuje postać Churchill, budując jej więź z czytelnikiem.

ROLA ŻYCIA

Marie Benedict przedstawia postać Clementine Churchill jako kobiety wielu ról – córki, żony, matki. Dla bohaterki rolą życia okazała się być rola żony. Żony, która pozornie stała w cieniu męża, a w rzeczywistości była jego pierwszym i najważniejszym doradcą. Aktywnie uczestniczyła w życiu politycznym, żywo interesowała się działaniami wojennymi, a także cierpliwie wspierała męża w najcięższych chwilach jego wykluczenia z kręgów władzy. Nie stała się panią domu, w całości oddaną dzieciom i zawsze posłuszną żoną – znała doskonale swojego męża i w inteligentny, a zarazem pełen wdzięku sposób łagodziła wszystkie konflikty – rodzinne, polityczne, a nawet społeczne.

Clementine i Winstona łączyła niezwykła więź. Oboje zostali wychowani przez nianie, ich nieczułe matki zwykle nie miały dla nich czasu, dlatego od dziecka zabiegali o uwagę i pochwały. Oboje chcieli wieść życie pełne emocji i być ważnymi postaciami. Z oczywistych względów Winston miał łatwiej – wyróżniał się wiedzą, był doskonałym taktykiem i błyskotliwym mówcą. Clementine ukończyła renomowaną szkołę, z której wyniosła zamiłowanie do kobiecej niezależności i pragnienie dorównania mężczyznom. Jednocześnie pragnęła tradycyjnego i stabilnego małżeństwa, które uważała za podstawę swojego szczęścia. Sam Winston niejednokrotnie mawiał: poślubienie tej kobiety było moim największym osiągnięciem. Tak, nie ma co do tego wątpliwości, ale też nie ma wątpliwości co do faktu, że małżeństwo z Churchillem było dla Clemmie szalenie wielkim wyzwaniem – oddała mu całe swoje życie i cały swój czas, do tego stopnia, że nie miała ich dla dzieci i przyjaciół.

PODSUMOWANIE

Pani Churchill” autorstwa Marie Benedict to opowieść o kobiecej sile i ambicji. Autorka wspomina niedocenioną i delikatnie zapomnianą postać Clementine Churchill, która wielokrotnie ratowała życie swojemu mężowi (dosłownie i w przenośni). W doskonały sposób oddaje realia magicznego Londynu w I połowie XX wieku – obfitującego w nowoczesne wynalazki, ale też okrucieństwa wojen. Świat, w którym żyła Clemmie był światem wielkiej polityki (zdominowanej przez mężczyzn), jednak dzięki ambicji i wytrwałości była jego aktywną częścią.

Z całego serca zachęcam Was do bliższego poznania Clementine Churchill – kobiety tak bardzo inspirującej i wyrazistej, która miała wpływ na losy świata!

Moja ocena – 9/10!

[Książkę „Pani Churchill” możesz kupić TUTAJ]