Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę – David Mccullough

Trudno jest napisać ciekawą i porywającą powieść historyczną – tak myślę (jakoś nigdy żadnej nie napisałam). Jednak gdy zabiera się za to David Mccullough, dwukrotny zdobywca Nagrody Pulitzera to musi się udać! I udało się!

AMERICAN DREAM

Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” to książka poświęcona osadnikom i ich potomkom, którzy po wojnie zakończonej w 1787 roku zaczęli osiedlać się w stanie Ohio. Tereny bogate w naturalne złoża surowców przyciągały całe rodziny, które nierzadko decydowały się na podróż z całym dobytkiem, licząc na nowe, lepsze życie. American Dream we wczesnej formie, po prostu. Co musieli czuć członkowie społeczności, którzy decydowali spakować się wszystko co można i wyruszyć z daleką drogę? Jakie wartości i idee im przyświecały?

Autor skupia się na okolicach miasta Marietta, które w niesamowicie krótkim czasie rozwinęło się do niespotykanych (wtedy) rozmiarów. To właśnie rozbudowa tego miasta zaowocowała powstaniem stanu Ohio, do którego tłumnie ściągali kolejni przybysze. Ziemie dotychczas zajmowane przez Brytyjczyków stanowiły nie lada gratkę – bogactwa naturalne, sprzyjający klimat – czego chcieć więcej?

DOSKONAŁY RESEARCH

Mccullough w dokładny i ciekawy sposób relacjonuje wydarzenia z lat 1787-1863. W ciągu tych niespełna 100 lat powstały setki relacji i dokumentów, do których odwołuje się Autor; są to listy, dokumenty urzędowe i kazania, które stanowią skarbnicę wiedzy. Ogrom pracy, której dokonał wprawiła mnie w zdumienie i pełnię uznania!

PODSUMOWANIE

Przyznam, że po lekturze czuję się bogatsza o wiedzę z całkiem sporego kawałka amerykańskiej historii! Miałam pewien problem z przyswojeniem wielu dat, jednak ciekawostki, które wprowadza Autor, przełamały mój chwilowy opór. Opisane w książce postaci tworzyły historię i miały realny wpływ na wygląd dzisiejszych Stanów Zjednoczonych – idee, które uznawane były za rewolucyjne są dziś postawą funkcjonowania tego społeczeństwa.

Polecam przede wszystkim pasjonatom historii USA – ilość wiedzy, którą przekazuje Mccullough jest porażająca! Ciekawe ujęcie i lekkie pióro sprawiają, że „Pionierów” czyta się sprawnie i przyjemnie. Nie jest to na pewno książka do poduszki, wymaga skupienia, czasami notowania, jednak radość z poznania pierwszych osadników z Ohio jest ogromna!

Nie mogę nie wspomnieć o przepięknej oprawie książki. Wydawnictwo Poznańskie stworzyło niesamowitą okładkę – przepiękna grafika jest dodatkowo uatrakcyjniona przyjemną fakturą. To książka, do której chce się przytulać! Zasługuje na najlepsze miejsce na półce!

Moja ocena – 9/10!

[Książkę „Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” możesz kupić TUTAJ!]

Mur Duchów – Sarah Moss

Kochani, czy mieliście kiedyś poczucie, że lektura, którą czytaliście była trudna/ciężka? Czy jakaś książka sprawiła, że z niepokoju nie mogliście spać? Uwierzcie mi, są historie – tak mocno duszne i przytłaczające – po ich lekturze człowiek ma jedynie ochotę na patrzenie w sufit.

ZARYS FABUŁY

Silvie, a właściwie Sulevia, to młoda dziewczyna, która spędza wakacje na obozie antropologicznych, a towarzyszą jej rodzice oraz grupa studentów. Brzmi dobrze? Jest dokładnie odwrotnie – źle, bardzo źle!
Ojciec Silvie, Bill, to kierowca autobusu i antropolog-amator, którego pasją jest historia Wysp Brytyjskich. Jednak Bill nie jest pozytywnie zakręconym wariatem – jego obsesja niejednokrotnie przeradza się w agresję, którą wyładowuje na żonie i córce, a jako jedyny żywiciel rodziny ma nad nią pełną kontrolę i w najbardziej ohydny sposób zaznacza swoją dominację. Przygoda, która miała być wakacyjną zabawą przeradza się w gehennę Silvie – jest zmuszona chodzić w niewygodnej, klującej tunice; odzierać króliki ze skóry; nie ma też możliwości korzystać z telefonu i Internetu oraz podstawowych artykułów higieny osobistej.

BOLESNA HISTORIA

Ta książka boli. Tak. „Mur duchów” Sarah Moss to przerażająca historia o bezradności, strachu, pragnieniu wolności. Sposób, w jaki została napisana jest szczególny – przemyślenia głównej bohaterki mieszają się z jej narracją, a wszystkie dialogi pozostają ukryte w tekście, są (jakby) niezauważalne. Tak jak niezauważalne jest bezgłośne wołanie o pomoc Silvie.

Jednocześnie bohaterka broni swojego ojca, tłumaczy jego zachowanie trudną pracą i poważnym podejściem po historycznej pasji. Na wszelkie próby pomocy reaguje agresją słowną. Dziewczyna nie jest w stanie wyobrazić sobie, że ktoś może być dla niej miły, że może dać jej wybór – lata życia w stresie, pod ostrym spojrzeniem Billa odcisnęły głębokie piętno na jej dojrzewającej psychice.

PODSUMOWANIE

Sarah Moss od dawna należy do moich ulubionych Autorek. Jednak ta proza jest inna. Obdarta z uczuć i miłości, pełna niepokoju i mroku, który potrafi przysłonić otoczenie nawet w najjaśniejszy dzień. Książka wywołuje bardzo przykre uczucia. Smutek towarzyszył mi od pierwszych stron, żeby zmaksymalizować się na ostatnich, a głębokie współczucie powodowało, że odetchnęłam z ulgą patrząc na ostatnią kropkę lektury.


Czy książka o tak małej liczbie stron może wywołać takie emocje? Jeśli jej autorką jest S. Moss – zdecydowanie tak! Tutaj każde słowo jest głęboko przemyślane i niesie ze sobą głębsze przesłanie! Polecam!

Moja ocena – 9,5/10!

[Książkę „Mur duchów” możesz kupić TUTAJ!]

Telefonistka – Gretchen Berg

Lata ’50 w USA to zdecydowanie jedna z moich ulubionych dekad w historii! Idealnie wpasowałabym się w ten retro klimat – piękne kapelusze, eleganckie spodnie z wysokim stanem, cudownie skrojone sukienki za kolano! Tak, to zdecydowanie moje ulubione lata… Dlatego kiedy zobaczyłam zapowiedź debiutującej Gretchen Berg i jej „Telefonistkę„, wiedziałam, że to pozycja dla mnie!

ZARYS FABUŁY

Vivian Dalton jest znużoną codziennością kobietą w średnim wieku, która pracuje w centrali telefonicznej. Jako telefonistka łączy rozmowy mieszkańców małego, prowincjonalnego miasteczka w stanie Ohio. Łączy i podsłuchuje. To ostatnie sprawia jej ogromną radość i jeśli Vivian miałaby wskazać co jest najprzyjemniejszym elementem dnia, byłoby to właśnie podsłuchiwanie. Ma ono swoje plusy – bohaterka jest jedną z najlepiej poinformowanych osób w miasteczku Wooster, zna sekrety swoich sąsiadek, jest na bieżąco z wszystkimi plotkami – jest to powodem dumy, satysfakcji i daje poczucie kontroli. Sielanka kończy się w momencie, w którym Vivian dowiaduje się szokującej informacji dotyczącej jej samej…i słyszy to wszystko z ust Betty Miller!

Jak poradzi sobie w tak trudnej sytuacji? Czy stanie się pośmiewiskiem całego miasteczka?

TELEFONISTKA

Nie od razu obdarzyłam sympatią Vivian. Irytowało mnie jej wieczne naburmuszenie i złość na cały świat. A przede wszystkim nie lubiłam tej wścibskości. O tak – bohaterka kocha plotki, a zazdrość i chęć bycia ważną nobilitują ją do rozpowiadania największych tajemnic. Z czasem przekonałam się do tej ciekawej postaci – wszystkie przywary wynikają z ogromnych kompleksów, które towarzyszą jej na co dzień – podstawowe wykształcenie, dziwna relacja z mężem i córka, która powoli dorasta. Poza tym, życie w miasteczku Wooster jest po prostu potwornie nudne!

Liczne retrospekcje, którymi uraczyła mnie Autorka pozwalają zrozumieć złożony charakter bohaterki. Życie nie było dla niej łatwe i słodkie. Nauczyło ją jednak determinacji i samodzielności. W kryzysowej sytuacji robi to, co wychodzi jej najlepiej – działa na własną rękę, ma plan i realizuje do krok po kroku. A dotarcie do sedna fatalnej plotki nie jest łatwe…

PODSUMOWANIE

Telefonistka” to retro powieść, która od pierwszych stron ujmuje przede wszystkim klimatem. To ciekawie napisana historia o niejednym dnie, która wielokrotnie zmienia swój tor. Wooster to magiczne miasteczko – pełne intryg, plotek, różnych charakterów, które codziennie ścierają się ze sobą. Tarcia prowadzą do iskier, a iskry do pożarów…

Gretchen Berg napisała przyjemną książkę, może nieidealną, jednak ujmującą swoją historią. Historią, która ma duszę lat ’50! Dlatego szczerze polecam tę lekturę wszystkim retromaniakom! Dajcie się jej wciągnąć i zaskoczyć!

Moja ocena – 7,5/10!

[Książkę „Telefonistka” możesz kupić TUTAJ]

Podróż nieślubna – Christina Lauren

Wakacje trwają w najlepsze, a ja po kilku ciężkich lekturach miałam ochotę na coś lekkiego i przyjemnego, idealnego na plażowe czytanie. W moje ręce wpadła książka o niesamowicie kolorowej i wakacyjnej okładce „Podróż nieślubna”, za którą stoi amerykański duet Christina Hobbs & Lauren Billings. Okazała się lekka i dowcipna, czy mogłam chcieć więcej?

ZARYS FABUŁY

Ami i Olive to jednojajowe bliźniaczki, jednak dzień urodzin i identyczny wygląd to jedyne kwestie, które je łączą. Ami (starsza o 4 minuty) to urodzona zwyciężczyni (wygrywa dosłownie każdy konkurs i loterię), pełna charyzmy i dobrego smaku,a przy okazji perfekcyjna młoda kobieta, której szczęście nie opuszcza nigdy; z kolei Olive od małego prześladuje pech – już jako dziewczynka potrafiła wpaść do automatu z zabawkami i ku uciesze publiczności nie mogła się z niego wydostać, a jako młoda kobieta traci pracę, tyje z powodu ciągłego konsumowania domowych wypieków i jest wiecznie samotna. Bohaterka przypisuje wszystkie te niepowodzenia swojej pechowej naturze, na wszelkie próby pojednania reaguje agresją.

Dzień ślubu Ami jest szczególnie stresujący dla Olive, która jest pierwszą druhną, a co za tym idzie dba o wszystkie szczegóły imprezy (pech prześladuje ją i tym razem, ponieważ w niedopasowanej, zielonej sukni czuje się fatalnie). Oprócz pilnowania swojej listy 74 rzeczy do zrobienia, musi mieć oko Ethana – brata pana młodego, którego szczerze nie znosi – żeby nie popełnił złośliwego paux pas podczas swojego przemówienia. Wszystko idzie zgodnie z planem, wesele jest idealne, goście bawią się znakomicie, do momentu, w którym następuje zbiorowe zatrucie pokarmowe – tylko Olive (uczulona na skorupiaki morskie) i Ethan (chorobliwie brzydzący się wspólnym bufetem) unikają fatalnej choroby.

W powodu zatrucia Ami i jej mąż muszą zrezygnować z podróży poślubnej. Ale moment, przecież nic nie może się zmarnować! Ollie i Ethan są zmuszeni do wykorzystania bajecznych wakacji i udają się w „podróż poślubną” na egzotyczną wyspę Maiu na Hawajach.

Czy skłócony duet przetrwa ze sobą 10 dni w bajecznym apartamencie? Czy uda im się oszukiwać wszystkich dookoła i udawać zakochanych? I co z pechem, który prześladuje Olive?

ŚWIETNY STYL I PRZEMYŚLANA KONCEPCJA

„Podróż nieślubna” to jeden z najprzyjemniejszych romansów, które miałam okazję czytać. Szczerze – unikam tego gatunku jak ognia, kilka razy byłam bardzo zawiedziona i skutecznie się to niego zniechęciłam (NIE MYLIĆ z literaturą romantyczną XIX wieku!). Niespodzianka, która spotkała mnie podczas tej lektury była ogromna! Nie dość, że szybko dałam się uwieść tej historii, to jeszcze z wypiekami na twarzy i emocjonalnym zaangażowaniem śledziłam wewnętrzną przemianę bohaterów! A był to niezły kalejdoskop!

Ta opowieść ma „ręce i nogi”. Każdy fragment jest świetnie przemyślany, chociaż ciężko o stwierdzenie, że całość jest logiczna (przecież to romans!), to jednak wszystko do siebie pasuje. I chociaż sytuacja zmienia się w szalonym tempie, bohaterowie zmieniają maski i nastroje – wszystko idealnie się łączy! Sam styl, w jakim utrzymana jest książka jest lekki, dowcipny i błyskotliwy.

HAWAJSKIE WAKACJE

Urocza wyspa Maui to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc na świecie, nic dziwnego, że Autorki wybrały ją na centrum wydarzeń swojej powieści. I przyznaję, hawajski klimat udzielił mi się od razu. Szum oceanu, bajkowe zachody słońca i przepyszne drinki – te wszystkie obrazy były jak prawdziwe! Czy cudowny klimat całkowicie zdominował treść? Nic bardziej mylnego, klimat jest tu jedynie cudownym i nadającym wyraz tłem!

PODSUMOWANIE

Christina Hobbs i Lauren Billings to pisarski duet doskonały, a ich powieść „Podróż nieślubna” na długo zapisze się w mojej pamięci. Cięte riposty i czarny humor głównych bohaterów stanowią trzon tej zabawnej opowieści. Nie brak tam miejsca na wzruszenia, gniew i nienawiść – nie może być inaczej, skoro bohaterka to śliczna i energiczna Latynoska – temperament czuć na każdej stronie, która aż kipi z emocji!

Przy „Podróży poślubnej” bawiłam się świetnie! Sielski, wakacyjny klimat udzielił mi się od razu! Zmieniające się losy bohaterów to zajmująca strona tej książki, idealna na wakacje! Polecam!

Moja ocena – 8/10!

[Książkę „Podróż nieślubna” możesz kupić TUTAJ]

Poparzone Dziecko – Stig Dagerman

Seria Skandynawska to jedna z najwspanialszych kolekcji, z jakimi miałam przyjemność. Dlatego tak bardzo ucieszyłam się na wieść o premierze powieści „Poparzone dziecko” Stiga Dagermana, która w latach ’40 ubiegłego wieku mocno wpłynęła i podzieliła krytyków literatury.

ZARYS FABUŁY

Bengt to młody mężczyzna, który w dniu pogrzebu swojej ukochanej matki dowiaduje się o romansie ojca. Niedługo potem jego miłosna relacja z narzeczoną gwałtownie się ochładza, a bohater czuje się jeszcze bardziej samotny. Swoją niemoc i traumę postanawia wyładować na kochance ojca, jednak zamiast (jak pierwotnie planował) ją zniszczyć wplątuje się w romans, co dodatkowo komplikuje trudną już sytuację.

CIĘŻKA I GĘSTA ATMOSFERA

Już na samym początku zderzyłam się z ciężką do przebrnięcia atmosferą – grobową (dosłownie i w przenośni), niepozostawiającą miejsca chwilę wytchnienia. Nie raz zdarzało mi się odkładać książkę, zamykać oczy i zastanawiać się nad ilością przeżyć i myśli bohatera, którymi zbombardował mnie Autor. Czułam się jak przejechana przez walec i przyciśnięta do gorącego asfaltu. Były też chwile ulgi, opisy zaśnieżonych części miasta i mizernych witryn sklepików, jednak chwilę później brnęłam już w najgłębsze odmęty zagubionego (i chorego z tęsknoty) umysłu.

PSYCHOANALIZA?

Jak przystało na dzieło skandynawskie „Poparzone dziecko” jest lekturą trudną, której rdzeń stany lękowe i depresyjne bohatera. Stig Dagerman dokonuje wnikliwej analizy umysłu młodego człowieka, który pod wpływem zbyt dużej ilości emocji brnie w kierunku autodestrukcji. Aż trudno uwierzyć, że bohater może dokonywać tak tragicznych wyborów, pozbawionych logiki i sensu.

Bengt w bolesny sposób przekonuje się jak wygląda i na jakich zasadach funkcjonuje świat dorosłych, do którego brutalnie wpycha go los. Świat pozbawiony skrupułów, pełen żalu, kłamstw i kalkulacji. Surowy klimat, w jakim utrzymana jest proza pozwala na szybką analizę kondycji psychicznej bohatera, a listy, które pisze sam do siebie lub do najbliższych osób pozwalają zrozumieć (a przynajmniej próbować zrozumieć) zawiłe motywy jego działania.

PODSUMOWANIE

„Poparzone dziecko” to niespełna 300 stronicowa książka, którą warto przeczytać! Niech nie odpycha Was specyficzny styl Autora – po prostu trzeba się go nauczyć… Gwarantuję Wam ogromną dawkę skrajnych emocji. Nie łudźcie się, że będzie to łatwa lektura! Głęboko ukryty przekaz wymaga pełnego zaangażowania czytelnika, a klimat powieści poruszy nawet najtwardszych zawodników.

Moja ocena 9/10!

[Książkę „Poparzone dziecko” możesz kupić TUTAJ]

Pod kluczem – Ruth Ware

Po najnowszej książce Ruth Ware spodziewałam się bardzo wiele. Po lekturze mogę stwierdzić tylko jedno – dawno nie czytałam tak świetnej powieści kryminalnej (a może to jednak thriller(?)), a zarwaną nockę uważam za jedną z najlepiej spożytkowanych tego lata!

ZARYS FABUŁY

Rowan jest młodą nianią pracującą w jednym z londyńskich przedszkoli, ale szczerze nie znosi atmosfery tam panującej. Dlatego kiedy trafia na ofertę pracy dla niani z niebotycznie wysokimi zarobkami nie zastanawia się ani chwili. Ku swojemu zaskoczeniu, otrzymuje szybką odpowiedź z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną w odległej Szkocji. Kilka dni później przekracza starą, metalową bramę i wjeżdża na starą posesję, na środków której stoi zabytkowy dom.

Po kilku dniach Rowan dostaje odpowiedź – dostała pracę! TĘ pracę! Już w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej wiedziała, że chce być częścią TEJ rodziny, mieszkać w TYM domu, dwa tygodnie później, obładowana walizami, zmierza do Carn Bridge, wycieńczona pakowaniem zasypia na kilka godzin w pociągu nie mając pojęcia, że to jej ostatni spokojny sen…

GOTYCKI KLIMAT GROZY

Pod kluczem” to opowieść niesamowita w każdym calu. Przede wszystkim dzięki klimatowi. O tak, ten gotycki klimat trzyma w napięciu na każdej stronie. Tajemnica, która wydawała się tak trudna do rozwiązania okazuje się banalna. Na tle banalna, że wręcz nie do odkrycia. Bohaterowie są skrajnie różni, łączy ich jednak determinacja, która przeradza się w paranoję.

Oddzielnym bohaterem powieści jest Heatherbrae House – wiktoriańska posiadłość, w której mieszkają Sandra i Bill Elincourt i ich cztery córki. Zabytkowy dom już na samym początku wprawia w osłupienie Rowan. Właściciele w niecodzienny sposób połączyli wiktoriańską bryłę z najnowocześniejszą technologią, które tylko pozorni do siebie pasują. Nieintuicyjne aplikacje i wszechobecne kamery wprawiają bohaterkę w zakłopotanie, a chwilami powodują paraliżujący strach.

JEŚLI LUBISZ SIĘ BAĆ TA KSIĄŻKA JEST DLA CIEBIE

Nie mogłam oderwać się od lektury, przez którą co chwilę miałam ciarki na plecach. Z ciekawością i obawą wertowałam kolejne strony, nie raz zdarzało mi się wstrzymać oddech i zamykać oczy, żeby na moment ostudzić emocje. Mroczne tajemnice, stare plotki, tajemnicze drzwi. Było tego naprawdę sporo. Ale nie tylko dom i jego otoczenie były przerażające. Byłam pełna podziwu, w jaki sposób Ware wykreowała postaci czterech dziewczynek, którymi opiekowała się główna bohaterka! Z uroczych i słodkich dziewczynek, w pół sekundy potrafiły się zmienić w potwornie niegrzeczne, wręcz upiorne stworzenia, które wypowiadały straszliwe słowa.

Trujący ogród, straszliwe skrzypienie schodów, których „nie ma”, demoniczne lalki… to naprawdę upiorne połączenie!

PODSUMOWANIE

Łał! Dalej jestem pod wrażeniem tej książki! I z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jest to jedna z najlepszych pozycji Wydawnictwa Czwarta Storna. Nie bez powodu Ruth Ware nazywana jest współczesną Agathą Christie! Napięcie budowane przez Autorkę było bardzo wyważone, wszystkie wątki łączyły się w płynny sposób, chociaż zakończenie okazało się niezwykle zaskakujące! I pozostało kwestią otwartą…

Polecam wszystkim, absolutnie wszystkim fanom kryminałów i thrillerów utrzymanych w stylu gotyckim! A sama po cichu liczę na ekranizację powieści! Naprawdę na to zasługuje!

Moja ocena – 10/10!

[Książkę „Pod kluczem” możesz kupić TUTAJ]

Zaśpiewaj mi kołysankę – Ryszard Ćwirlej

Kiedy „Zaśpiewaj mi kołysankę” znalazło się na moim stoliku kompletnie nie wiedziałam o czym może być ta książka. Prawie. Wiedziałam, że będzie to retro kryminał… a to wystarczyło, żebym zostawiła wszystkie obowiązki i zabrała się za lekturę. Warto było!

ZARYS FABUŁY

Kiedy ośmioletnia Zosia Węgorkówna zostaje porwana przez tajemniczą kobietę nikt nie ma pojęcia co mogło się z nią stać, a jedyny świadek tego zdarzenia raczej nie ma za wiele do powiedzenia – pewnie dlatego, że jest nim czworonożny Rudy, który wałęsał się po podwórku. Dzień później policja znajduje w śmietniku zwłoki mężczyzny, który nie tylko nie miał przy sobie żadnych dokumentów, nie miał przy sobie nic (dosłownie). Jego nagie zwłoki stały się tematem wielogodzinnych dyskusji gapiów, którzy szybko i „precyzyjnie” wytypowali mordercę.

Czy te sprawy się ze sobą łączą? Czy ich rozwiązanie będzie wiązało się z czymś niebezpiecznym? I czy podkomisarz Antoni Fischer będzie w stanie połączyć wszystkie wskazówki w logiczną i spójną całość?

DYNAMIKA I ZAGADKI

Akcja w „Zaśpiewaj mi kołysankę” toczy się od 4 do 11 kwietnia 1922 roku i aż trudno uwierzyć, że Ryszard Ćwirlej rozwinął ją aż do 527 stron! Dużo i mało jednocześnie, ale uwierzcie mi – działo się! Masa wątków, masa bohaterów (w tym podejrzanych), a tylko jeden logicznie i trzeźwo myślący policjant, podkomisarz Fischer.

Antoni Fischer to były żołnierz, około trzydziestoletni, postawny, wysportowany i przystojny mężczyzna. Zawsze nienagannie w zielonkawy płaszcz mundurowy, bryczesy i wysokie, czarne oficerki. Jego intelekt i wiedza mocno wyróżniają go od współpracowników; nie jest jednak sam – ma do dyspozycji kilku świetnie zapowiadających się młodych oficerów, których nieustannie mobilizuje do wytężonego myślenia i analizowania faktów.

POZNAŃSKIE PODWÓRKO

Plotki, ach te plotki! Podobno w każdej z nich jest ziarenko prawdy. Chociaż zwątpiłam to poznając niektórych mieszkańców powojennego Poznania! Nie wiem skąd Ryszard Ćwirlej miał pomysł na stworzenie postaci poznanianek-plotkarek, ale wyszło znakomicie! Wspomniane bohaterki są w różnymi wieku, całymi dniami zajmują się swoimi obowiązkami, ale łączy je jedno – uwielbiają rozmawiać, a właściwie plotkować! Cóż to była za uczta! Dyskusje w polsko-niemieckim języku, w dodatku z elementami poznańskiej gwary (lektura tych fragmentów okazała się dla mnie nie lada wyzwaniem!) były istotnym elementem całej opowieści. Dla mnie wręcz niezbędnym! Wprowadzały dużą dawkę humoru, dodawały pikanterii, ale też „malowały” obraz części poznańskiego społeczeństwa w latach ’20. Dla równowagi, barwnymi i zabawnymi mieszkańcami starych kamienic byli też mężczyźni, zawodowi złodzieje (przedsiębiorcy od przeprowadzek), żydowscy handlarze, sklepikarze, dorożkarze – pomysłowi i bardzo zaradni!

Nie raz okazywało się, że zabawne kobietki były lepszymi i uważniejszymi obserwatorkami, niż doświadczeni policjanci, a niepozorni złodziejaszkowie o wiele lepiej orientowali się w okolicy i znali tajemnice miasta lepiej niż dzielnicowi.

PODSUMOWANIE

Zaśpiewaj mi kołysankę” to kryminał o doskonałej fabule utrzymany w stylu retro, mimo dużej ilości stron rozprawiłam się z nim w dwa wieczory. Autor zabiera czytelnika do magicznego, powojennego Poznania. Ciężko o lepszy klimat – pachnące wypiekami uliczki, ciemne bramy wjazdowe, ciche i niebezpieczne zakamarki,ale również rozświetlone, gwarne ulice główne, drogie restauracje i ekskluzywne domy publiczne.

Książkę pochłania się w błyskawicznym tempie. Nie ma tam miejsca na zbędne i nudnawe opisy – akcja, akcja, akcja! Dzieje się dużo, chwilami niesamowicie szybko. Do końca nie ma pewności kto jest winny, a rozwiązanie nie jest wcale tak oczywiste! To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Pana Ryszarda Ćwirleja, żałuję, że tak późno zapoznałam się z jego piórem!

Sięgniecie po „Zaśpiewaj mi kołysankę” jeśli dobrze czujecie się w klimacie kryminałów retro, w których zagadki są trudne i bardzo zagmatwane.

Moja ocena – 7,5/10!

[Książkę „Zaśpiewaj mi kołysankę” możesz kupić TUTAJ!]

Recenzja powstała we współpracy z