Tuż za ścianą – Louise Candlish

Perypetie związane z sąsiadami są elementem rzeczywistości każdej rodziny. W związku z tym są idealnym pomysłem na fabułę powieści, zarówno zabawnej komedii, tkliwej historii miłosnej lub mrożącego w żyłach kryminału. Jakąkolwiek formę przybrałaby taka historia nie mam wątpliwości co do jednego – sąsiedzi potrafią dać w kość!

ZARYS FABUŁY

Dzielnica Lowland Way od lat uchodziła za symbol sielanki, sąsiedzkiej przyjaźni i rodzinnej atmosfery. Ale wiadomo, że nic nie byli bardziej niż pozory! Kiedy do odziedziczonego po starszej krewnej domu numer 1 wprowadzają się nowi lokatorzy wszyscy sąsiedzi są podekscytowani – nowe osoby oznaczają spotkania, wspólne grille i spacery. Ale cudowna nieświadomość kończy się już pierwszego poranka, kiedy nowi sąsiedzi burzą zabytkowy mur (znak rozpoznawczy dzielnicy). Od tego dnia zaczyna się głośny remont, który jest tylko zapowiedzią niekończących się problemów, które kończą się tragicznie…

Prowadzone na wielu płaszczyznach policyjne śledztwo zakłada różne warianty, a każdy mieszaniec Lowland Way staje się podejrzany. Nic dziwnego, skoro za każdymi drzwiami kryją się sekrety i wstydliwe problemy, a jedyną nadzieją detektywów jest przerwanie wspólnego sąsiedzkiego frontu!

NAWET NAJLEPSZY SĄSIAD MA SWOJE SEKRETY

Bez wątpienia Louise Candlish jest mistrzynią budowania napięcia! Już na początku powieści wyłania się obraz sielskiego przedmieścia, które żyje własnym, niezmąconym spokojem z dala od ożywionego centrum Londynu. Kto by nie chciał tak mieszkać? Dumni właściciele posesji są przekonani wyjątkowości swojej dzielnicy (co nie przeszkadza im mieć również szczególnie wysokie mniemanie o sobie) i dokładają wszelkich starań, żeby ich idylla została niezachwiana. Problem pojawia się szybciej niż ktokolwiek przypuszcza, a złe emocje początkowo kumulowane na nowych sąsiadach zaczynają eskalować w poważny, wielopłaszczyznowy konflikt.

Jacy są bohaterowie? Różni! Przeróżni! Łączy ich na pewno troska o wygląd ulicy, przy której mieszkają oraz przesadna dbałość o przyjacielskie relacje z sąsiadami. I o ile pierwsza kwestia nie podlega jakiejkolwiek wątpliwości i wydaje się być nie do ruszenia, o tyle druga pozostaje bardzo otwarta i zależna od wielu czynników. Bo jak dbać o dobre i przyjacielskie relacje, jeśli do późnych godzin nocnych ciszę zakłóca hard rockowa muzyka, a unoszący się wszędzie pył z remontu skutecznie brudzi wszystkie pobliskie okna?

Kiedy konflikt jest nieunikniony bohaterowie pokazują swoje prawdziwe oblicza, a na jaw wychodzą tajemnice, które każdy woli trzymać za zamkniętymi drzwiami. Autorka w umiejętny sposób podzieliła książkę na niezliczoną ilość relacji ukazanych z perspektywy kilku bohaterów, którzy patrzą na ogólny problem z subiektywnej, bardzo wąskiej strony. Po pewnym czasie okazuje się, że dawne grono przyjaciół nie ma ze sobą zbyt wiele wspólnego, a maski życzliwości znikają szybciej niż się pojawiły. Zostaje jednak wspólny mianownik – sąsiad z piekła rodem – którego należy się jak najszybciej pozbyć…

PODSUMOWANIE

Uwielbiam thrillery psychologiczne! Kiedy zobaczyłam okładkę i opis najnowszej powieści Louise Candlish (British Book Awards) już wiedziałam, że będzie to książka, która nie pozwoli mi zasnąć! I dokładnie tak było – poszłam spać grubo po 3 nad ranem, ale jedno posiedzenie wystarczyło, żeby pochłonąć tę nieco ponad 400 stronicową historię! A uwierzcie mi, działo się! Autorka buduje świetny klimat niepewności, który udziela się wszystkim mieszkańcom spokojnej ulicy. Ale wbrew podróżom to nie sąsiedzi z piekła rodem są głównym problemem. Są jedynie punktem zapalnym, który wznieca wszystkie intrygi, pozwala wyjść na jaw prawdziwej naturze pozornie idealnych ludzi…
Narracja z różnych punktów widzenia to zawsze dobry pomysł, Autorka pokusiła się o liczne retrospekcje i fragmenty policyjnych wywiadów. Dzięki temu prostemu, ale przemyślanymi zabiegowi książka nabiera dodatkowych walorów, a rozwiązanie zagadki nie wydaje się już tak oczywiste! Szczególnie podkreślone są wszelkie stereotypy, które można spotkać już od samego początku; być może dlatego ta historia wydaje się tak bardzo realna!

Tuż za ścianą” to dobry thriller, który mogę śmiało polecić każdemu! Jedno jedyne „ale”, które mam z tylu głowy – rozwiązanie głównej zagadki poznajemy zdecydowanie za szybko, chociaż w pewnym stopniu rekompensuje to nagły zwrot akcji, którego sama się nie spodziewałam! Wnioski wyciągnięte z powieści nasuwają się same, a zakończenie, chociaż w pewnym stopniu otwarte ma mocny morał – nigdy nie wiesz, kto może być twoim sąsiadem!

Moja ocena –7/10!

[Książkę „Tuż za ścianą” możesz kupić TUTAJ!]

Recenzja powstała we współpracy z

Asystentka – S.K. Tremayne

S.K. Tremayne należy do moich ulubionych autorów thrillerów psychologicznych. Niezaprzeczalnie znajduje się w ścisłej czołówce odkąd pięć lat temu jego książka „Bliźnięta z lodu” dosłownie wbiła mnie w fotel. Ostatni dzień listopada, po przeczytaniu ostatniej strony „Asystentki” czuję się dokładnie tak samo…

ZARYS FABUŁY

Jo Ferguson ma poważne przesłanki, żeby uważać się za chorą psychicznie – od pewnego czasu widzi i słyszy rzeczy, o których wolałaby zapomnieć raz na zawsze. W dodatku rozmawia ze szczególnymi domowymi asystorami, które wykazują cechy zaawansowanej sztucznej inteligencji, która wie o Jo dosłownie wszystko. Bohaterka powoli wpada w paranoję, ponieważ nikt z jej bliskich nie jest skłonny uwierzyć w jej wersję. Kobietę martwią nie tylko codzienne symptomy wskazujące na schizofrenię, ale też fakt, że jej nieżyjący dawno ojciec cierpiał właśnie na tę chorobę, która może być warunkowana genetycznie.

ZIMOWY LONDYN

Autor w umiejętny sposób buduje napięcie od samego początku! Zacznę od tego, że akcja „Asystentki” osadzona jest w Londynie, który nawiedziła zimna stulecia – zwykle zatłoczone i gwarne uliczki pustoszeją oraz cichną, co powoduje wewnętrzny niepokój. Opisana w powieści zima robi wrażenie – zasypane ulice, puste parki, zadymi śnieżne i przejmujący mróz – zdecydowanie nie taka pogoda kojarzy mi się z Londynem.

UMIEJĘTNIE DAWKOWANE NAPIĘCIE

Bohaterka, trzydziestokilkuletnia Jo, mieszka w pokoju znajdującym się w zabytkowym domu dzielnicy Camden – jednej z najlepszych miejscówek w mieście. Całe mieszkanie naszpikowane jest różnego rodzaju asystentami, których zadaniem jest ułatwić życie ich właścicielom – zapalać i gasić światła, włączać muzykę, kontrolować temperaturę. I asystenci to właśnie wspomniani przed momentem asystenci (z head asystentką Electrą na czele) stanowią cały problem. Electra ma wszystkie demoniczne cechy, jakie może mieć zaawansowany domowy komputer – widzi i słyszy wszystko, kontroluje każdy, najmniejszy ruch mieszkańców.

Każdy rozdział niósł ze sobą nowe informacje i kolejną dawkę niepewności. Chwilami siedziałam jak na szpilkach i gorączkowo czekałam na kolejną stronę. Tak wiele informacji, tak wiele poszlak! Naładowanie emocjami i niepokojem sprawiło, że kilka razy musiałam odłożyć książkę i przez kilka minut ochłonąć! Strach bohaterki potęgowany fatalną aurą udzielał się również mnie!

PRZESZŁOŚĆ, KTÓRA BOLEŚNIE O SOBIE PRZYPOMINA

Przeszłość to wspólny rzeczownik bohaterów. Każdy z nich jest powiązany siecią trudnych i bolesnych przeżyć, które wpłynęły na późniejsze życie. Thabita i Jo mają sekret, o którym wiedzą tylko ich partnerzy – sekret, który może zniszczyć życie każdej z nich. Kiedy główna bohaterka uważa, że przerażającą festiwalową noc ma już dawno za sobą domowa asystentka jej o tym przypomina i wpędza kobietę w poważne stany lękowe. Zanim Jo odkryje, że kluczem do jej życiowego horror okaże się właśnie przeszłość i dawno minione wydarzenia, sytuacja staje się bardzo poważna…

PODSUMOWANIE

Och, bawiłam się doskonale – czasem lubię się bać historii, które czytam! A ta była naprawdę dająca do myślenia! Należę do grona osób, które do tematu sztucznej inteligencji podchodzą z dużą dozą…ostrożności (?). Jestem wobec nich bardzo sceptyczna – a wszelkie unowocześnienia bazujące na pobieraniu osobistych danych (w telefonie lub laptopie) budzą we mnie umiarkowaną niechęć! Zdecydowanie „Asystentka” utrzyma ten trend!

Świetna fabuła okazała się idealna na listopadowy wieczór, podczas którego padał pierwszy śnieg! Niebezpieczeństwa czające się w każdym pokoju, bezludne ulice, okropna noc z przeszłości – to wszystko złożyło się na dobry thriller psychologiczny! Bardzo dobry!

Co ciekawe, co kilkadziesiąt stron miałam wytypowanych podejrzanych! Dałam się wciągnąć w intrygę Autora i z zaskoczeniem odkryłam, że nie udało mi się rozwiązać zagadki! Kiedy byłam już pewna rozwiązania okazywało się, że jest ono zupełnie inne, ale po chwili znowu nabierałam podejrzeń! To było coś! Finalnie zbierałam z podłogi szczękę – zdecydowanie nie takiego zakończenia się spodziewałam! Zagadka godna mistrza! Po raz kolejny Tremayne udowodnił, jak świetnie pisze i jak świetnie czyta się to co napisał! Ciężko mówić o logice w przypadku tak dużej psychodeli, jednak po przeczytaniu całości uważam, że każdy element tej skomplikowanej układanki idealnie do siebie pasował!

Moja ocena – 10/10!

[Książkę „Asystentka” możesz kupić TUTAJ!]

Recenzja powstała we współpracy z

Cymanowski chłód – Magdalena Witkiewicz, Stefan Darda

Nigdy nie byłam na Kaszubach. Nie dosłownie. Wielokrotnie przejeżdżałam przez te okolice, ale nigdy nie miałam okazji spędzić tam kilku godzin, nie mówiąc już o weekendowym pobycie. A szkoda! Region słynie z niesamowitych atrakcji regionalnych, pięknych widoków i niezniszczonej natury – nic dziwnego, że pisarski duet Witkiewicz&Darda wybrali właśnie to miejsce i ulokowali w nim akcję swoich powieści.

ZARYS FABUŁY

Listopad 2018. Cymanowski pensjonat na pełnych obrotach przygotowuje się do nadchodzącego sezonu zimowego, który będzie obfitował w przełomowe wydarzenia – ślub, narodziny dziecka, świętowanie rocznic. Pierwsze mrozy nawiedzają kaszubskie lasy i ukryte w nich bagna, wszystko wskazuje na to, że pierwszy atak zimy nastąpi niebawem…

W przedsezonowej krzątaninie każdy ma w co ręce włożyć, nie mówiąc już o własnych sprawach i zmartwieniach. A wiele powodów do zmartwień ma w szczególności Adam Kostuch. Rok wcześniej śmiertelnie potrącił swoją matkę i uciekł z miejsca wypadku, a jedynego świadka zdołał przekupić 50.000 złotych, które zdobył w okrutny sposób. Kiedy wszystko wydawało się wracać na swoje miejsce w życiu bohatera znowu pojawiają się gangsterzy, którzy żądają kolejnej krwawej przysługi…

BOHATEROWIE Z MORZEM TAJEMNIC

W „Cymanowskim młynie” Autorzy prześcigają się w pomysłach jak utrudnić życie bohaterom powieści. Nic nie jest tu proste i oczywiste. Nikt nie ma życia pozbawionego nagłych zmartwień i nieprzewidzianych wydarzeń. Ale każdy sobie z tym radzi, na swój własny sposób. A tych sposobów jest wiele – milczenie, wnikliwe czytanie poradników, przekupstwo, kłamstwo, a nawet zabójstwo. Przecież cel uświęca środki, prawda?

Książka podzielona jest na kilkanaście rozdziałów, które są opowiadane z perspektywy narratora oraz poszczególnych bohaterów. Zabieg ciekawy i udany, czytelnik ma szansę poznać myślenie i uczucia każdej ze stron. Jeśli miałabym wskazać głównego bohatera, byłby to Adaś Kostuch. Niezbyt szczęśliwe nazwisko, jednak pasuje idealnie! Kostuch swoim postępowaniem (głupim, nierozsądnym i pochopnym) zaciska na swojej szyi pętlę, która stopniowo zaczyna go dusić. Fatalna sytuacja, w której się znalazł jest tak naprawdę następstwem jednego, nieszczęśliwego wypadku, po którym następuje seria desperackich prób wyjścia z dramatu.

Nie tylko Adam ma sekrety. Właściwie każdy z bohaterów ukrywa przynajmniej jedną tajemnicę, a cele, do których podąża nie zawsze są szlachetne. Postaci są z krwi i kości – mają swoje pragnienia i obawy, które spędzają im sen z powiek. Szereg bohaterów może denerwować! Z mojej strony wyglądało to dość zabawnie – nie lubiłam większości mieszkańców Cyman, ale jeśli miałabym podać sensowny powód tej niechęci, raczej nie umiałabym go precyzyjnie określić. Najogólniej – większość bohaterów to osoby odpychające, nieprzyjemne i wredne. Ot co!

UPIORNE BAGNA I ZAGUBIONE DUCHY

Książkowe Cymany to tereny w znacznym stopniu zalesione – tylko gdzieniegdzie znajdują się skupiska domów, a pensjonat Jerzego Zawiślaka jest oddalony spory kawałek od nich. Dlatego kiedy w punkcie kulminacyjnym książki nie zdziwił mnie brak zasięgu, Internetu albo jakiegokolwiek zalążka cywilizacji – bohaterowie zostali wrzuceni w mroźne i zapomniane piekiełko.

Szczególnie nastrojowe są okoliczne bagna, które skrywają ciała zaginionych przed laty ludzi i zwierząt. Niejednokrotnie podczas lektury wyobrażałam sobie ciemne zagajniki, wilgotny mech, psujące się kory drzew, między którymi pałętają się zagubione dusze. Co ciekawe, spoczywają tam ciała nie tylko przypadkowych topielców, ale też tych, którzy zginęli w dwuznacznych okolicznościach… Jednak w przyrodzie nic nie ginie – dusze tragicznie zmarłych lub zamordowanych osób co jakiś czas ukazują się poszczególnym bohaterom albo dają im wyraźne znaki swojej obecności. Przyznam, że te liczne (na szczęście!) wątki podobały mi się najbardziej!

PODSUMOWANIE

Cymanowski chłód” to książka, która zaskakiwała mnie już od pierwszej strony! Połączenie thrillera i obyczajówki w tym wydaniu okazało się świetną receptą na miło spędzony wieczór! W powieści aż kipi od regionalnych odniesień związanych z kuchnią, tradycją i…duchami! A te aktywnie uczestniczą w życiu mieszkańców Cyman! Jeśli miałabym wymienić wątki, z którym można byłoby zrezygnować byłyby to te związane z gangsterskimi porachunkami. Jednak i one nie były takie złe! Podczas lektury znajdziecie kilka odniesień do poprzedniej części, co może przeszkadzać osobom, które jej nie czytały.

Pomysł na wielu narratorów? Świetny! Zawsze lubię poznać tę sama historię oczami różnych bohaterów!
Książka napisana jest bardzo przystępnym językiem, w zasadzie strony czytają się same! Akcja okazała się wartka, na tyle, że nie mogłam oderwać się od czytania!

Moja ocena – 8/10!

[Książkę „Cymanowski chłód” możesz kupić TUTAJ!]

Recenzja powstała we współpracy z

Stara zbrodnia nie rdzewieje – Iwona Banach

Wiecie jak kocham kryminały! Mój mózg jest zaprojektowany na pochłanianie tych historii – analizowanie zawikłanych intryg i niejednoznacznych śladów oraz typowanie podejrzanych. Tak, zdecydowanie to uwielbiam!
Sprawa komplikuje się trochę jeśli chodzi o komedie kryminalne…

ZARYS FABUŁY

Głuszyn. A w nim, w środku lasu, prawie niedostępny dla ludzi, stoi on. Pałacyk rodem z architektonicznego piekiełka. Pokraczny (choć z potencjałem), bez grama gustu i smaku (choć widać, że fundusze właściciela są bardzo pokaźne) wita gości i zaprasza do swoich luksusowych, pałacowych wnętrz. Problem w tym, że stwierdzenie „w środku lasu” nie wydaje się ani trochę przesadzone – nie dość, że do hoteu prowadzą tylko dwie mizernej jakości drogi, to jeszcze owy las jest pełen niedźwiedzi i naturalnych pułapek…

Właśnie w tym pałacyku goszczą laureaci konkursu literackiego – najlepsi z najlepszych, chociaż sami dokładnie nie wiedzą co było podstawą selekcji nadesłanych prac. Bo jak można porównywać literackie zmagania mocno początkujących osób, których wypociny to kompletnie różne gatunki? Horror, pikantny erotyk, kryminał i obyczajówka – swoisty misz masz, na dodatek w wykonaniu pisarzy-amatorów. Mocno podejrzane!

W ciągu kilku dni konkursowicze mają okazję poznać osobliwą papugę, zaliczyć całonocny melanż, kilkakrotnie się pokłócić i znaleźć trupa. A to dopiero początek wydarzeń w pałacyku, nad którym ciąży osobliwa klątwa…

ŚWIETNA INTRYGA W NOWOCZESNYM WYDANIU

Stara zbrodnia nie rdzewieje” to świetnie zapowiadająca się komedia kryminalna! Przyznam, że zdziwił mnie młodzieżowy styl, którym posługuje się Autorka – książkę czyta się bardzo płynnie i zadziwiająco dobrze! Kolejna sprawa to intryga – jest świetnie przemyślna, zagadki można spotkać na każdej stronie, wszystko mocno trzyma się kupy i logiki.

Mocną stroną powieści są jej bohaterowie! Mamy do czynienia z plejadą charakterów, skrajnie różnych i bardzo barwnych. Uwierzcie, każdy znajdzie tu swojego ulubieńca – począwszy od wzorowych policjantów kawalerów, przez zdystansowaną członkinię jury, przypominającą Cruellę De Mon, po kiczowato wystrojoną erotomaniaczkę.

CO POSZŁO NIE TAK?

Podczas lektury zdarzyło mi się kilka razy parsknąć ze śmiechu. Trafiałam na fragmenty zabawne i śmieszne, ale również niedorzecznie…głupie? Pospolite? Dziwne?
Nie przemawia do mnie postać papugi o dziwnym imieniu (osobliwym, które w niektórych okolicznościach uznaje się za obraźliwe słowo) oraz wyraz, którym owa papuga się posługuje. Przygotujcie się na intensywne z kur*owanie na każdej (prawie) stronie!

Zdecydowanie nie podobał mi się obraz wsi, który nakreśliła Iwona Banach.
Wsi zapyziałej, w której ludzie ledwie kończą podstawówkę i posługują się językiem przypominającym polski. Nie wspomnę, że opisywana miejscowość jest taką dziurą, że nie ma tam mowy o poprawnie działającym internecie (są takie miejsca, jednak owy brak internetu jest wówczas traktowany in plus!). Rozumiem, ze ma to czemuś służyć. Niestety niekoniecznie odnajduję ten ukryty (naprawdę dobrze zakopany) sens.

PODSUMOWANIE

Tak ciężko ocenić mi tę powieść! Wspaniała fabuła i zabawne wątki przeplatają się w dziwnym humorem i mocnymi schematami. Książka wkurza i bawi jednocześnie! Chyba bardziej bawi, jednak uśmiech na mojej twarzy przypominał skwaszoną grymasik. Miało być zabawnie, wyszło trochę żenująco i przaśnie.

Dalej uważam, że utkana literami intryga to mistrzostwo świata!
Na pewno spodoba się fanom kabaretów i niezobowiązujących komedii z wątkiem kryminalnym.

Moja ocena – 5/10!

[Książkę „Stara zbrodnia nie rdzewieje” możesz kupić TUTAJ!]

Recenzja powstała we współpracy z

Tamta kobieta – Mary Kubica

Uwielbiam thrillery psychologiczne, w których nic nie jest oczywiste, a najbardziej nierealne scenariusze mają swoją szansę. I oczywiście to ciągłe napięcie, które zmusza do pobudzenia najbardziej zapomnianych szarych komórek. Dawno nie czułam się tak zbita z tropu, jak po książce Mary Kubicy Tamta kobieta„. Bo chociaż morderstwo i śledztwo z nim związane od razu podpowiadało rozwiązanie, to finał sprawy okazał się zupełnym zaskoczeniem.

ZARYS FABUŁY

Sadie i Will Foustowie byli idealnym małżeństwem – miłość od pierwszego wejrzenia, ślub, dziecko, kilka lat później kolejne. Do czasu…
Ze względu na dzieci Sadie decyduje się wybaczyć Willowi zdradę, która jest tylko jednym z wielu problemów rodziny. Nagła wiadomość o śmierci siostry Willa sprawia, że Foustowie decydują się na przeprowadzkę z wielkiego Chicago na małą, senną wysepkę w stanie Maine.


Opieka nad osieroconą bratanicą Willa (szesnastoletnią fanką ostrego rocka, czarnych ubrań i wymyślnych przekleństw), próby renowacji starego domu i nowa praca w przychodni sprawiają, że Sadie powoli przekonuje się do nowego życia, jednak brutalne zabójstwo młodej kobiety burzy sielankę prowincjonalnego miasteczka. Bohaterka nie czuje się bezpiecznie nawet we własnym domu, w którym znajduje dziwne przedmioty…

KLIMAT MROŹNEJ PÓŁNOCY USA

Klimat, w jakim utrzymana jest „Tamta kobieta” jest systematycznie budowany z każdą stroną – sielanka ustępuje miejsca niepewności, a ta z kolei zmienia się w grozę.

Senne miasteczko w stanie Maine to typowa amerykańska prowincja – wszyscy się znają, mieszkają w domach utrzymanych w podobnej tonacji, starają się utrzymywać dobre relacje sąsiedzkie. Życie na jednej wysepce i praca na drugiej wiąże się z pewnymi niedogodnościami – przeprawa promem zwykle uzależniona jest od pogody, której zdarza się płatać figle. To właśnie pogoda i towarzyszące jej zjawiska atmosferyczne w dużym stopniu wpływają na klimat powieści! Przeszywający mróz, zaspy i zamiecie śnieżne sprawiają, że bohaterowie są pozostawieni sami sobie. Tu rodzi się ich niepewność – czy służby porządkowe będą w stanie przedrzeć się przez zaspy, żeby uratować życie?

BOHATERKI I OCH DEMONY

Postać głównej bohaterki Sadie od początku wydaje się być niejednoznaczna. Doświadczona pani doktor jest żywicielką rodziny, z jednej strony bardzo samodzielną, a z drugiej niepewnie stąpającą po nieznanym gruncie. Jest bardzo ostrożna w relacjach z innymi – nie raz darzyło jej się być zawiedzioną postawą współpracowników, męża i syna. Przeprowadzka z Chicago niekoniecznie była spełnieniem jej marzeń, a opieka nad niezdyscyplinowaną nastolatką wydaje się być ponad jej siły. Punktem kulminacyjnym w przemianie bohaterki jest morderstwo popełnione w najbliższym sąsiedztwie – jej lęki odżywają, bezsenne noce sprawiają, że wycieńczona pracą zaczyna tracić panowanie nad sytuacją…

Camille to elegancka, pewna siebie singielka, która ma jeden cel – odzyskać coś, co straciła lata temu. Problem w tym, że tym „czymś” jest ktoś, a konkretnie młody pracownik naukowy, który kilkanaście lat temu uratował jej życie. Kobieta jest bardzo zdeterminowana i gotowa posunąć się bardzo daleko…

Najbardziej zaskakująca okazała się dla mnie postać Myszki – kilkuletniej dziewczynki, która po rozwodzie rodziców została z ojcem. Jej życie było niekończącą się bajką, w którym Myszka była traktowana jak prawdziwa królewna. Sielanka skończyła się w dniu, w którym ojciec dziewczynki przyprowadził młodą i bardzo piękną kobietę…

Bez wątpienia to właśnie bohaterki (i nieliczny bohaterowie) są najmocniejszą stroną powieści. Kubica w ciekawy sposób przedstawia role, które w przypadku rodziny Foustów są odwrócone – to mama pracuje i zajmuje się utrzymaniem domu, a tata opiekuje się dziećmi, robi pranie, sprząta i gotuje. Ciekawy zabieg, ostatnio bardzo modny! Osobiście kupiłam tę historię.

NIEPOKÓJ NA KAŻDEJ STRONIE

Chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że Mary Kubica jest prawdziwą mistrzynią budowania napięcia! Robi to w dwojaki sposób: początkowo je dawkuje w małych ilościach, żeby potem wskoczyć na bardzo wysokie obroty i przerazić czytelnika! Z tym przerażeniem delikatnie przyszarżowałam, jednak zdarzały się momenty, w których wstrzymywałam oddech i z niepokojem czekałam na rozwój wypadków! Niepokoją bohaterowie i ich czyny, ale również miasteczko, w którym historia ma miejsce. Dopiero po czasie okazuje się, że każdy dom mieszczący się przy jednej ulicy skrywa swoje sekrety, czasem mroczne i potworne, a ich odkrycie może skończyć się źle.

PODSUMOWANIE

Powieść Mary Kubicy czyta się błyskawicznie! Wszystko za sprawą luźnego stylu, ciekawej fabuły i niezwykłych zbiegów okoliczności. Tempo akcji jest zawrotne, niejednokrotnie zdawałam sobie sprawę, że sytuacja nagle odwróciła się o 180o. Jednocześnie Autorka nie zanudza przydługimi opisami – wszystko jest jasne i konkretne, a napięcie rośnie z każdą kolejną stroną.

Przyznaję! „Tamta kobieta” wciągnęła mnie i nie potrafiłam oderwać się od czytania! Autorka w bardzo zręczny sposób łączy trzy, pozornie niezwiązane ze sobą historie i wprawia w osłupienie! Niepokój, który jest nieodłącznym elementem każdej strony jest fantastyczny, sprawia, że czytelnik MUSI NATYCHMIAST poznać kontynuację tej historii. Tajemnicze i mrożące krew w żyłach morderstwo okazuje się być jednym z elementów tej zagmatwanej opowieści, której pikanterii dodaje przekonanie, że nie można ufać nikomu, nawet sobie!

Jestem pewna, że lektura przypadnie do gustu fanom kryminałów i thrillerów, polecam ją szczególnie na długi jesienny wieczór! Dobra zabawa z nutką dreszczyku gwarantowana!

Moja ocena – 10/10!

[Książkę „Tamta kobieta” możesz kupić TUTAJ!]

Recenzja powstała we współpracy z

Szczęście rodziny Marsdenów – Karolina Stępień

Z wakacyjnymi postanowieniami bywa bardzo różnie. Do tego stopnia, że w tym roku (nauczona doświadczeniem lat poprzednich) obiecałam sobie tylko kilka rzeczy, wśród których było czytanie większej ilości książek polskich Autorów. Dzięki temu postanowieniu skrupulatnie śledziłam nowości wydawnicze, wśród których pojawiła się debiutancka pozycja Karoliny StępieńSzczęście Rodziny Marsdenów„.

ZARYS FABUŁY

Conetoe to jedna z tych miejscowości, w której życie toczy się swoim sielskim rytmem. Przytulne domy, urocze kawiarnie, upalne lato. I ciało, na które wykopuje spacerujący z właścicielem pies…

Elenor, Clementine i Ginger mieszkają kilka kilometrów od miasta, a ich stary dom otaczają pola i stary las. Dziewczynki spędzają czas na wędrówkach po lesie, gdzie znajduje się ich sekretne miejsce – stary, opuszczony dom, którego właścicielka zmarła wiele lat wcześniej.
Stary dom skrywa wiele tajemnic, a upiorne malowidła na jego ścianach mają związek z przeszłością…i pechem Marsdenów!

HISTORIA ZAGINIĘCIA MŁODEGO CHŁOPAKA, KTÓRA ODŻYWA NA NOWO

Z tą rodziną od początku jest „coś nie tak”! Marsdenowie są, delikatnie mówiąc, niekompletni. Samotny ojciec, bezdzietna para, babunia z zaawansowaną demencją i jeszcze trzy dorastające siostry. I właśnie z tej trochę posklejanej rodziny Autorka stwarza uzupełniającą i wspierającą się komórkę, która podbiła moje serce. Książka opowiada o nietypowym zbiegu zdarzeń – ciało zaginionego w latach siedemdziesiątkach chłopca zostaje odnaleziona dwadzieścia lat później. Historia zaczyna nie zatacza koła, ona zaczyna nowe życie, które stawia bohaterów w trudnych sytuacjach.

WSZYSTKO ZOSTAJE W RODZINIE

Mocną stroną książki są jej bohaterowie – plejada skrajnie różnych charakterów, które ścierają się ze sobą. Główne bohaterki, trzy siostry, różni bardzo wiele, a łączy – prawdziwa siostrzana miłość. Dziewczyny są ze sobą mocno związane, nie znaczy to jednak, że unikają wzajemnych złośliwości, upomnieć i drobnych sprzeczek. Łączy je również troska o członków rodziny, do których powracają dawno zapomniane demony.

Niesamowicie ujęła mnie psychologiczna strona książki. Autorka w doskonały sposób opisała emocje, które targają bohaterami po otrzymaniu wieści o odnalezieniu zaginionego członka rodziny. Tutaj każdy radzi (lub nie radzi) sobie w inny sposób.

ZGRABNY OBRAZ PROWINCJI

Zostałam oczarowana opisami miasteczka Conetoe i jego okolic. Jakbym miała opisać sielską prowincję otoczoną naturą – nie znalazłabym lepszych słów i malowanych przez nie obrazów! Sielski obraz miasteczka sprawił, że chciałam przejść się jego ulicami, zajść do biblioteki lub wypić shake czekoladowy!

W „Szczęściu rodziny Marsdenów” natura gra pierwsze skrzypce. Las okazuje się być bardziej tajemniczy, niż można sobie wyobrazić, a ukryte w nim tajemnice powinny zostać nieodkryte. Jednocześnie jest to miejsce, w którym niektórzy znajdują ukojenie i spokój, czują się jego nierozłączną częścią, a wszelkie próby odcięcia tej więzi mogą skończyć się nieszczęsliwie…

PODSUMOWANIE

Karolina Stępień zręcznie kreśli fabułę, która zaskakuje co kilka stron. Połączenie kryminału i obyczajówki z wątkami psychologicznymi i romantycznymi nie jest niczym prostym! Dlatego debiut Autorki uważam za jeden z lepszych (jeśli nie najlepszy) w tym roku!

Przy „Szczęściu rodziny Marsdenów” bawiłam się doskonale już od pierwszej strony! Autorka w umiejętny i zgrabny sposób buduje atmosferę tajemnicy, dawkując przy tym grozę. Być może to jest powód, dla którego książkę połyka się całymi stronami. Fantastycznie przedstawione postaci wydają się autentyczne, a ich charaktery z biegiem stron nabierają wyrazu.

Wyjątkowo udany debiut, który zasługuje na Waszą uwagę!

Moja ocena – 9/10!

[Książkę „Szczęście rodziny Marsdenów” możesz kupić TUTAJ!]

Recenzja powstała we współpracy z

Rozgrzeszenie – Yrsa Sigurdardóttir

O tym, że Yrsa Sigurdardóttir jest królową islandzkiego kryminału czytałam nie raz. I dopiero kilka dni temu miałam okazję przekonać się, jak dużo w tym prawdy! „Rozgrzeszenie” to to mroczny, zimny i niespokojny dreszczowiec, który nie pozwolił mi spokojnie zasnąć!

ZARYS FABUŁY

W Rejkiaviku dochodzi do serii brutalnych morderstw nastolatków. Oprawca sam informuje opinię publiczną o swoich czynach – wysyła ogólnodostępne snapy, na których można zobaczyć jak wystraszone dzieci histerycznie łkają i przepraszają… ale za co mają przepraszać?

Stołeczna policja wydaje się nie mieć pomysłu na złapanie przestępcy – czas gra na jego korzyść, a każdy trop okazuje się błędny. W toku śledztwa okazuje się, ofiary nie mają ze sobą prawie nic wspólnego, poza jednym, pomijanym przez wszystkich faktem…

MOC INTERNETU

Internet ma szczególną moc, którą można wykorzystać w różnoraki sposób. Wszystko zależy od intencji! A dzieci bywają szczególnie okrutne…
Sigurdardóttir w doskonały sposób przedstawia problem przemocy w szkole i w mediach społecznościowych. Oprawcy zwykle czują się bezkarni, anonimowi, a przede wszystkim zadowoleni z siebie. A ich ofiary? Często nie wiedzą gdzie szukać pomocy i posuwają się do makabrycznych decyzji.

REJKIAWIK

Klimat „Rozgrzeszenia” jest absolutnie obłędny! Obłędny w swojej surowości, przenikliwym chłodzie i przerażającej intrydze! Niesamowity urok Rejkiawiku jest nie do podrobienia! Ciemne uliczki, góry śniegu, śliskie chodniki oraz pogoda, która jest przytłaczająca, nieprzyjemna i depresyjna. Autorka postarała się, żeby jej powieść była równie surowa, co to tajemnicze miasto!

WYRAZISTE POSTACI

Kolejną mocna stroną powieści są jej bohaterowie – tu każdy jest po coś – ma swoją rolę, choćby niewielką, do odegrania. Freyja i Huldar to mocne i wyraziste postaci, które mają swoje problemy i walczą ze swoimi demonami.

Prześladowania w szkole wywołują problemy psychiczne bezbronnych dzieci. Jednak nie tylko one walczą z piętnem odrzucenia – ich rodzice czują się bezradni i zdesperowani. Autorka w bardzo skrupulatny sposób opisuje przeżycia, którymi kierował się morderca – bardzo głęboko przeświadczony o słuszności swoich działań i przekonany o winie swoich ofiar.

PODSUMOWANIE

Jeśli lubicie zimny, mroczny i przytłaczający klimat – ta książka jest dla Was! Naprawdę warto! Ostrzegam przed karkołomnymi imionami i nazwiskami, których nawet nie próbowałam wymówić! Przenieście się do stolicy odległej Islandii, gdzie śnieg i mróz wkradają się nawet w najgorętsze serca! Jestem pod ogromnym wrażeniem intrygi, którą wymyśliła Autorka! Zakończenie, którego kompletnie się nie spodziewałam sprawiło, że zaczęłam wątpić w swój zmysł detektywa! Po przeczytanie książki i dokładnej analizie jej treści okazuje się, że wszystkie elementy łączą się w całość, element psychologiczny jeszcze bardziej potęguje emocje! Niesamowity klimat Islandii sprawia, że dreszcze same pojawiają się na plecach, a zagadka wydaje się jeszcze bardziej zagmatwana.

Moja ocena – 9/10!

[Książkę „Rozgrzeszenie” możesz kupić TUTAJ]

Kobieta na krawędzi – Samantha M. Bailey

Przepadam za thrillerami! Zwykle sięgam po zagranicznych autorów, tak było i tym razem. „Kobieta na krawędzi” to debiutancka powieść Samanthy M. Bailey, bardzo poprawna, wciągająca, a jednak…

ZARYS FABUŁY

Morgan przez lata żyła jak w bajce – kochany mąż, piękny dom i wygodne życie sprawiły, że jedynym jej zmartwieniem był brak potomstwa. Czar bajki prysł w momencie wyjścia na jaw oszustw finansowych, jakich dopuszczał się Rayan… Od tej pory życie bohaterki to pasmo wstydu, oglądania zdjęć swojej twarzy w prasie i desperackie próby wtopienia się w otoczenie.

Nicole jest właścicielką prężnie rozwijającej się firmy odzieżowo-lifestylowej promującej zdrowy i aktywny tryb życia. Spełniona zawodowo, skupiona na firmie, sobie i mężu zachodzi w nieplanowaną ciążę. Przyszli rodzice z radością przygotowują się na przyjście na świat swojej córeczki Quinn, zastanawiając się w jaki sposób mogą zapewnić jej najlepsze dzieciństwo. Sielanka kończy się w momencie przyjścia na świat dziecka – nieprzespane noce i bolesna rekonwalescencja po cesarce sprawiają, że Nicole nie przypomina dawnej siebie, a jej dawne wspomnienia i lęki powracają… Jakby tego było mało, jej mąż Greg, postanawia od niej odejść – Nicole zostaje sama…prawie sama.

Bohaterki spotykają się na peronie raz, ale tylko jedna z nich wie, że to pierwsze spotkanie jest zarazem ostatnim!

NIEPEWNOŚĆ I PSYCHODELA

Towarzyszyła mi już od pierwszej strony. Dalej było jej jeszcze więcej, podobnie jak pytań, które pojawiały się przy każdej możliwej okazji. Przez cały czas książka trzyma w mocnym napięciu, które chwilami jest nie do wytrzymania – podobnie jak bohaterki, cały czas czekałam na nową, przerażającą poszlakę, która wprawiłaby mnie w jeszcze większe poczucie niepewności. Prawdopodobnie te cechy sprawiły, że nie mogłam oderwać się od czytania i rozprawiłam się z lekturą w jedno upalne popołudnie.

ŚWIETNY POMYSŁ, NIECODZIENNA FORMA

Całą historię poznajemy z perspektywy dwóch narratorów. Pierwszym jest sama bohaterka książki, Megan, która dzieli się swoimi obawami i uczuciami. Jest to bardzo subiektywny obraz widziany oczami bohaterki, uzupełniony głębokimi przemyśleniami, emocjami i niepokojem. Drugim jest podmiot-obserwator, który opisuje życie Nicole. Tutaj forma jest trochę luźniejsza, jednak niepozbawiona emocji.

Zmysł dziennikarski nie zawiódł Samanthy Bailey – doskonała fabuła, zagmatwana do granic możliwości oraz pierwszorzędny research dotyczący depresji (w tym przypadku pourazowej i poporodowej). Autorka wnikliwie analizuje psychikę dwóch bohaterek – obie są w kompletnie innych sytuacjach, żadna z nich nie radzi sobie ze swoją traumą, z którą została sama.

DEPRESJA I SKRAJNY LĘK

Depresja poporodowa jest częstym problemem współczesnych matek. Niezależnie od wieku i sytuacji materialnej. Przychodzi nagle, powodowana szokiem związanym z porodem lub szczególnie stresującą sytuacją, która nastąpiła zaraz po nim.

Nicole, która urodziła dziecko chce być najlepszą matką na świecie. Jako kobieta sukcesu powinna mieć ku temu wszelkie predyspozycje, jednak przeszłość, którą ukrywa prawie przed wszystkim, wraca do niej jak bumerang. Samotna matka, jaką się staje, popada w paranoję, która (choć motywowana matczyną miłością) popycha ją do desperackich kroków.

PRAWIE IDEALNIE

Fabuła doskonała. W końcowej fazie każdy element doskonale pasował. Zaskoczenie było duże… Chociaż czy na pewno? Z jednej strony zostałam wyprowadzona w pole, analizowałam każdy element, zastanawiałam się nad każdą opcją…nie wpadłam na prawidłowe rozwiązanie, jednak nie byłam zaskoczona! A może jednak byłam – zaskoczyło mnie do bólu banalne i oklepane zakończenie! A szkoda…

PODSUMOWANIE

„Kobieta na krawędzi” to wspaniała lektura, pełna szalonych i niespodziewanych zwrotów akcji, głębokich refleksji i pierwszorzędnej formy. Każda postać była przemyślana i dopracowana, ma widoczny udział w fabule. Jednak im bliżej końca, tym częściej towarzyszyło mi niemiłe uczucie: skąd ja to znam? co mi przypomina ta historia? Niestety miałam rację, tak świetnie zbudowane napięcie ustępuje banalnemu rozwiązaniu.

Cóż, może właśnie na tym miała polegać doskonałość tej książki? Mimo delikatnego zawodu polecam tę powieść wszystkim amatorom thrillerów psychologicznych!

Moja ocena – 6,5/10!

[Książkę „Kobieta na krawędzi” możesz kupić TUTAJ!]

Pod kluczem – Ruth Ware

Po najnowszej książce Ruth Ware spodziewałam się bardzo wiele. Po lekturze mogę stwierdzić tylko jedno – dawno nie czytałam tak świetnej powieści kryminalnej (a może to jednak thriller(?)), a zarwaną nockę uważam za jedną z najlepiej spożytkowanych tego lata!

ZARYS FABUŁY

Rowan jest młodą nianią pracującą w jednym z londyńskich przedszkoli, ale szczerze nie znosi atmosfery tam panującej. Dlatego kiedy trafia na ofertę pracy dla niani z niebotycznie wysokimi zarobkami nie zastanawia się ani chwili. Ku swojemu zaskoczeniu, otrzymuje szybką odpowiedź z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną w odległej Szkocji. Kilka dni później przekracza starą, metalową bramę i wjeżdża na starą posesję, na środków której stoi zabytkowy dom.

Po kilku dniach Rowan dostaje odpowiedź – dostała pracę! TĘ pracę! Już w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej wiedziała, że chce być częścią TEJ rodziny, mieszkać w TYM domu, dwa tygodnie później, obładowana walizami, zmierza do Carn Bridge, wycieńczona pakowaniem zasypia na kilka godzin w pociągu nie mając pojęcia, że to jej ostatni spokojny sen…

GOTYCKI KLIMAT GROZY

Pod kluczem” to opowieść niesamowita w każdym calu. Przede wszystkim dzięki klimatowi. O tak, ten gotycki klimat trzyma w napięciu na każdej stronie. Tajemnica, która wydawała się tak trudna do rozwiązania okazuje się banalna. Na tle banalna, że wręcz nie do odkrycia. Bohaterowie są skrajnie różni, łączy ich jednak determinacja, która przeradza się w paranoję.

Oddzielnym bohaterem powieści jest Heatherbrae House – wiktoriańska posiadłość, w której mieszkają Sandra i Bill Elincourt i ich cztery córki. Zabytkowy dom już na samym początku wprawia w osłupienie Rowan. Właściciele w niecodzienny sposób połączyli wiktoriańską bryłę z najnowocześniejszą technologią, które tylko pozorni do siebie pasują. Nieintuicyjne aplikacje i wszechobecne kamery wprawiają bohaterkę w zakłopotanie, a chwilami powodują paraliżujący strach.

JEŚLI LUBISZ SIĘ BAĆ TA KSIĄŻKA JEST DLA CIEBIE

Nie mogłam oderwać się od lektury, przez którą co chwilę miałam ciarki na plecach. Z ciekawością i obawą wertowałam kolejne strony, nie raz zdarzało mi się wstrzymać oddech i zamykać oczy, żeby na moment ostudzić emocje. Mroczne tajemnice, stare plotki, tajemnicze drzwi. Było tego naprawdę sporo. Ale nie tylko dom i jego otoczenie były przerażające. Byłam pełna podziwu, w jaki sposób Ware wykreowała postaci czterech dziewczynek, którymi opiekowała się główna bohaterka! Z uroczych i słodkich dziewczynek, w pół sekundy potrafiły się zmienić w potwornie niegrzeczne, wręcz upiorne stworzenia, które wypowiadały straszliwe słowa.

Trujący ogród, straszliwe skrzypienie schodów, których „nie ma”, demoniczne lalki… to naprawdę upiorne połączenie!

PODSUMOWANIE

Łał! Dalej jestem pod wrażeniem tej książki! I z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jest to jedna z najlepszych pozycji Wydawnictwa Czwarta Storna. Nie bez powodu Ruth Ware nazywana jest współczesną Agathą Christie! Napięcie budowane przez Autorkę było bardzo wyważone, wszystkie wątki łączyły się w płynny sposób, chociaż zakończenie okazało się niezwykle zaskakujące! I pozostało kwestią otwartą…

Polecam wszystkim, absolutnie wszystkim fanom kryminałów i thrillerów utrzymanych w stylu gotyckim! A sama po cichu liczę na ekranizację powieści! Naprawdę na to zasługuje!

Moja ocena – 10/10!

[Książkę „Pod kluczem” możesz kupić TUTAJ]

Zaśpiewaj mi kołysankę – Ryszard Ćwirlej

Kiedy „Zaśpiewaj mi kołysankę” znalazło się na moim stoliku kompletnie nie wiedziałam o czym może być ta książka. Prawie. Wiedziałam, że będzie to retro kryminał… a to wystarczyło, żebym zostawiła wszystkie obowiązki i zabrała się za lekturę. Warto było!

ZARYS FABUŁY

Kiedy ośmioletnia Zosia Węgorkówna zostaje porwana przez tajemniczą kobietę nikt nie ma pojęcia co mogło się z nią stać, a jedyny świadek tego zdarzenia raczej nie ma za wiele do powiedzenia – pewnie dlatego, że jest nim czworonożny Rudy, który wałęsał się po podwórku. Dzień później policja znajduje w śmietniku zwłoki mężczyzny, który nie tylko nie miał przy sobie żadnych dokumentów, nie miał przy sobie nic (dosłownie). Jego nagie zwłoki stały się tematem wielogodzinnych dyskusji gapiów, którzy szybko i „precyzyjnie” wytypowali mordercę.

Czy te sprawy się ze sobą łączą? Czy ich rozwiązanie będzie wiązało się z czymś niebezpiecznym? I czy podkomisarz Antoni Fischer będzie w stanie połączyć wszystkie wskazówki w logiczną i spójną całość?

DYNAMIKA I ZAGADKI

Akcja w „Zaśpiewaj mi kołysankę” toczy się od 4 do 11 kwietnia 1922 roku i aż trudno uwierzyć, że Ryszard Ćwirlej rozwinął ją aż do 527 stron! Dużo i mało jednocześnie, ale uwierzcie mi – działo się! Masa wątków, masa bohaterów (w tym podejrzanych), a tylko jeden logicznie i trzeźwo myślący policjant, podkomisarz Fischer.

Antoni Fischer to były żołnierz, około trzydziestoletni, postawny, wysportowany i przystojny mężczyzna. Zawsze nienagannie w zielonkawy płaszcz mundurowy, bryczesy i wysokie, czarne oficerki. Jego intelekt i wiedza mocno wyróżniają go od współpracowników; nie jest jednak sam – ma do dyspozycji kilku świetnie zapowiadających się młodych oficerów, których nieustannie mobilizuje do wytężonego myślenia i analizowania faktów.

POZNAŃSKIE PODWÓRKO

Plotki, ach te plotki! Podobno w każdej z nich jest ziarenko prawdy. Chociaż zwątpiłam to poznając niektórych mieszkańców powojennego Poznania! Nie wiem skąd Ryszard Ćwirlej miał pomysł na stworzenie postaci poznanianek-plotkarek, ale wyszło znakomicie! Wspomniane bohaterki są w różnymi wieku, całymi dniami zajmują się swoimi obowiązkami, ale łączy je jedno – uwielbiają rozmawiać, a właściwie plotkować! Cóż to była za uczta! Dyskusje w polsko-niemieckim języku, w dodatku z elementami poznańskiej gwary (lektura tych fragmentów okazała się dla mnie nie lada wyzwaniem!) były istotnym elementem całej opowieści. Dla mnie wręcz niezbędnym! Wprowadzały dużą dawkę humoru, dodawały pikanterii, ale też „malowały” obraz części poznańskiego społeczeństwa w latach ’20. Dla równowagi, barwnymi i zabawnymi mieszkańcami starych kamienic byli też mężczyźni, zawodowi złodzieje (przedsiębiorcy od przeprowadzek), żydowscy handlarze, sklepikarze, dorożkarze – pomysłowi i bardzo zaradni!

Nie raz okazywało się, że zabawne kobietki były lepszymi i uważniejszymi obserwatorkami, niż doświadczeni policjanci, a niepozorni złodziejaszkowie o wiele lepiej orientowali się w okolicy i znali tajemnice miasta lepiej niż dzielnicowi.

PODSUMOWANIE

Zaśpiewaj mi kołysankę” to kryminał o doskonałej fabule utrzymany w stylu retro, mimo dużej ilości stron rozprawiłam się z nim w dwa wieczory. Autor zabiera czytelnika do magicznego, powojennego Poznania. Ciężko o lepszy klimat – pachnące wypiekami uliczki, ciemne bramy wjazdowe, ciche i niebezpieczne zakamarki,ale również rozświetlone, gwarne ulice główne, drogie restauracje i ekskluzywne domy publiczne.

Książkę pochłania się w błyskawicznym tempie. Nie ma tam miejsca na zbędne i nudnawe opisy – akcja, akcja, akcja! Dzieje się dużo, chwilami niesamowicie szybko. Do końca nie ma pewności kto jest winny, a rozwiązanie nie jest wcale tak oczywiste! To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Pana Ryszarda Ćwirleja, żałuję, że tak późno zapoznałam się z jego piórem!

Sięgniecie po „Zaśpiewaj mi kołysankę” jeśli dobrze czujecie się w klimacie kryminałów retro, w których zagadki są trudne i bardzo zagmatwane.

Moja ocena – 7,5/10!

[Książkę „Zaśpiewaj mi kołysankę” możesz kupić TUTAJ!]

Recenzja powstała we współpracy z